DKK w Lutym - Relacja

MarcinB24 lutego 2025 r.

Za nami kolejne w tym roku, tym razem lutowe spotkanie w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki, które odbyło się w miniony czwartek - 20 lutego 2025 r. w Czytelni im. Aleksandra Kwaśniewskiego, w Izbie Tradycji Regionalnej, gromadząc jak zawsze krąg naszych wiernych odbiorców.
Tym razem główną "potrawą dnia" naszej intelektualnej dysputy była książka Paula Austera - "Dziennik zimowy".
Na początku próbowaliśmy zdefiniować gatunek literacki, z którym przyszło nam się zmierzyć, mimo, iż na okładce widnieje dopisek - autobiografia. Ale jak wiemy, przeważnie każda autobiografia charakteryzuje się zwartym opisem życia, pewną ciągłością i logiczną narracją. Natomiast omawiana pozycja składa się z fragmentów, urywków, okruchów. Poza tym występują też przeskoki czasowe i nawroty.
Ponadto autor zastosował dwa istotne zabiegi stylistyczno - literackie, które podkreślają oryginalność owego dziennika.
Pierwszy - to to, że autobiografia napisana jest w osobie drugiej, tak jakby Auster rozmawiał sam ze sobą, lub jakby się do nas zwracał.
Okazało się, że taka narracja bardziej przemawia do nas - jako czytelników i zarazem czytając, zaczynamy się jednocześnie zastanawiać, jak wygląda nasze życie, dokonując porównania swojej egzystencji z egzystencją autora.
Drugi zabieg - literacki, dotyczący treści samego utworu. Dawno nie czytaliśmy książki, która tak mocno, lecz bez czułostek i egzaltacji akcentuje rolę ciała i próbę nawiązania kontaktu ze swoją cielesnością.
Zadaliśmy sobie kluczowe pytanie - dlaczego pisarz głównym wątkiem, wręcz bohaterem dzieła uczynił właśnie ludzkie ciało? a nie choćby umysł, intelekt czy duszę? Ciało - zmieniające się, ulegające deformacjom, stopniowej destrukcji wraz z wiekiem, doznające urazów, bólu, przyjemności, ekstazy, mające swoje przypadłości i mikro-awarie, czy najprostszych zmysłowych odczuć - chłodu, ciepła słońca, leżenia w gorącej kąpieli.
W przypadku książek autobiograficznych często jest tak, że twórcy poddają się pokusie autokreacji i to nadmiernej autokreacji, upiększają i idealizują swoją osobę, a rzeczy złe czy niezbyt chwalebne retuszują czy całkowicie wymazują.
Tutaj zastanowiło nas to, że Auster opisując swoje życie, unika wszelkiej egzaltacji, chowa swoje "ego", ujawniając własne słabości czy niedoskonałości. Nie pozuje też na mędrca, ani jakiś autorytet. Jest sobą, człowiekiem z Brooklynu, który o tym co przeżył, czego doświadczył i co przemyślał chce nam szczerze, bez upiększeń - opowiedzieć.
W dodatku w postawie bohatera widzimy dużo pokory przed życiem i jego losowością oraz nieprzewidywalnością.
W książce bohater przejawia i wykazuje zdolność ciągłego przenoszenia się, przemieszczania czy wędrowania, wydeptując jakby ścieżki na powierzchni głównie Nowego Jorku, w poszukiwaniu sensu własnego istnienia. Świadectwem tego jest jego aż 21 adresów i miejsc zamieszkania. Dwadzieścia jeden adresów, 21 życiowych przystanków - aż dziw bierze, że można w jednym życiu tak często dokonywać zmian. Oprócz tego Auster odwiedził aż 45 stanów Ameryki, gdzie zostawał na kilka dni, bądź miesięcy. Poza tym przemierzył większą część Europy. Chciałoby się rzec, gdzie go jeszcze nie było?
Mieliśmy takie odczucie, że on w tych wszystkich miejscach, w których był, poszukiwał własnej tożsamości, szukał samego siebie.
Doszliśmy również do wniosku, że Auster pomimo zastosowanych urywków czy przeskoków w tym dzienniku, wykazuje silną potrzebę skatalogowania rzeczywistości w sposób linearny i wręcz pedantycznego jej przyporządkowania, co może być przejawem melancholijnej osobowości autora. 
W postawie Austera zauważyliśmy też pewien dystans do otaczającego świata, ludzi i tego co go spotyka, ale nie mający przejawów emocjonalnego chłodu, lecz obudowany wzruszeniem.
Pamiętnik jest pisany, kiedy autor dobiega 64. roku życia - takiego korytarza do "zimy życia" - nieuniknionej starości. Nie jest to jednak wiek zaawansowany, jednak budzi refleksję o tych, którym nie udało się zajść tak daleko...
To co nas ujęło w samym bohaterze, to jego pogląd, że gdy wspominał kobiety, które darzył miłością w młodości, że ich wygląd nigdy nie był dla niego istotny, bo zawsze chodziło mu o wewnętrzne światło, tę wyjątkową iskrę, które czyniło ich pięknymi dla niego, nawet gdy inni tego piękna nie dostrzegali.
I kiedy wreszcie spotkał swoją miłość - tę właściwą, tak to oryginalnie ujął, w kilku słowach, uwypuklając jej istotę: "Śmiała się częściej niż ty, była bardziej wyzwolona i otwarta, cieplejsza, a jednak gdzieś na samym dnie, w przepastnej otchłani, która was łączyła, czułeś, że spotkałeś inną wersję samego siebie - taką, która była pełniej rozwinięta, potrafiąca lepiej wyrazić to, co tkwiło głęboko w tobie, istota od ciebie rozsądniejsza. Uwielbiałeś ją i po raz pierwszy w życiu osoba, którą uwielbiałeś, uwielbiała ciebie". 
Wszyscy zgodnie doszliśmy do konstatacji, że odwzajemniona miłość Austera do jego drugiej żony, uleczyła choć trochę pisarza z jego egzystencjonalnych niepokojów i pozwoliła mu odnaleźć biegun nadziei oraz sensu i życiowego spełnienia.

W naszym "kąciku filmowym" omówiliśmy również testament Francisa Forda Coppoli, nad którym reżyser pracował od blisko 40-stu lat, a mianowicie dzieło - "Magalopolis".
Trzeba przyznać, że żadna superprodukcja w historii współczesnego kina nie wywołała tak skrajnych emocji i nie podzieliła widowni, tak jak jego najnowszy film.
Coppola zaczerpnął inspirację z wielu źródeł: klasycznego greckiego teatru, francuskiego impresjonizmu, hollywoodzkiego kina lat 50-tych, historycznych epicków, steampunku i teledyskowej stylistyki z początku lat 2000-cznych.
W opinii naszych członków klubu przeważały głosy, mówiące o pewnym przebodźcowaniu dzieła, jego pompatyczności, która nużyła i wręcz odzierała się o granice megalomanii.
I choć mieliśmy ostatecznie kłopot z jednoznaczną oceną tego filmu (czy zostanie zapamiętany jako arcydzieło, czy świadectwo upadku reżysera) to stwierdziliśmy jednogłośnie, że "Magalopolis" z pewnością przejdzie do historii kinematografii.

zdjęcie Austera Megalopolis